Fragment konaru wystający z zamarzniętej tafli wody

Każdy przeżywa tęsknotę inaczej, bo każdy wyjechał z innego miejsca, zostawił inne relacje i miał inne powody, żeby zacząć życie za granicą. Dla jednej osoby regularne rozmowy z rodziną przynoszą ulgę, dla innej mogą przez pewien czas jeszcze bardziej podkreślać dystans. Ktoś potrzebuje wracać do Polski kilka razy w roku, ktoś inny odkrywa, że częste powroty utrudniają mu budowanie życia w nowym miejscu. Nie istnieje więc jedna rada, która sprawdzi się u wszystkich, i być może właśnie dlatego tak irytujące bywają proste recepty w rodzaju „wyluzuj”, „idź na spacer” albo „nie myśl o tym”. Często nie dotykają one tego, co naprawdę dzieje się pod powierzchnią.

Bo tęsknota na emigracji nie zawsze jest po prostu smutkiem spowodowanym odległością. Czasem jest doświadczeniem straty.

Tęsknimy nie tylko za ludźmi

Kiedy myślimy o żałobie, najczęściej kojarzymy ją ze śmiercią, ale człowiek może przeżywać stratę także wtedy, gdy kończy się ważna relacja, rozpada się wcześniejszy sposób życia albo zmienia się coś, co przez lata stanowiło część jego tożsamości. Osoba, z którą się rozstaliśmy, może nadal żyć, a jednak znika z naszej codzienności. Podobnie dzieje się po emigracji. Rodzina i przyjaciele nadal są w Polsce, można zadzwonić, wysłać wiadomość, przylecieć na święta, a mimo to przestajemy uczestniczyć w wielu drobnych wydarzeniach, z których wcześniej składała się bliskość.

Nie jesteśmy przy zwyczajnej kawie w sobotę rano, nie słyszymy przypadkiem rozmowy przy stole, nie możemy spontanicznie wpaść do rodziców albo spotkać się z przyjaciółką po pracy. Bliscy również przestają być częścią naszej zwyczajnej codzienności. Każda ze stron zaczyna żyć w rytmie, którego druga osoba zna już głównie z opowieści.

W literaturze dotyczącej migracji pojawia się pojęcie żałoby kulturowej, opisujące utratę części znanego środowiska społecznego, języka, kultury, ról i punktów odniesienia związanych z dotychczasowym życiem. Joseba Achotegui opisywał również szczególnie silny stres migracyjny u osób funkcjonujących przez długi czas pod presją wielu strat, izolacji i niepewności. Nie oznacza to oczywiście, że każda osoba mieszkająca za granicą doświadcza zaburzenia czy kryzysu. Pokazuje raczej, że poczucie straty związane z migracją jest czymś realnym i nie musi świadczyć o niewdzięczności, słabości ani o tym, że decyzja o wyjeździe była błędem.

Emocje nie układają się w pięć równych etapów

Czasem doświadczenie emigracji próbuje się opisywać przez znany model Elisabeth Kübler-Ross: zaprzeczenie, złość, targowanie się, smutek i akceptację. Warto jednak traktować go bardziej jako język pomagający nazwać pewne stany niż jako instrukcję procesu, przez który każdy powinien przejść w identycznej kolejności. Emocje rzadko zachowują się tak porządnie. Możemy coś zaakceptować, a kilka miesięcy później znów poczuć złość. Możemy cieszyć się nowym życiem i jednocześnie bardzo tęsknić za starym.

Pierwsze miesiące po przeprowadzce często pozostawiają zresztą niewiele miejsca na refleksję. Są dokumenty, mieszkanie, praca, język, szkoła albo przedszkole, zakupy w nieznanym sklepie, pierwszy lekarz i dziesiątki drobiazgów, które wcześniej wykonywało się automatycznie. Człowiek działa wtedy zadaniowo, czasem nawet na dużej energii. Wszystko jest nowe, trzeba sobie poradzić, więc uczucie straty może przez jakiś czas pozostawać gdzieś z boku.

Dopiero kiedy życie trochę się uspokaja, zaczynają pojawiać się emocje, na które wcześniej nie było miejsca. Złość na system, który działa inaczej, na własną bezradność, na ludzi w Polsce, którzy nie do końca rozumieją nową rzeczywistość, albo na partnera, jeśli to jego praca czy decyzja była bezpośrednim powodem przeprowadzki. Czasem pojawia się myśl: „Po co ja właściwie na to wszystko się zgodziłam?”.

Potem przychodzi również gdybanie. Gdybym została. Gdybym wyjechała później. Gdyby rodzina mogła być bliżej. Gdyby można było zachować jednocześnie całe stare życie i wszystkie możliwości nowego. Wiele z tych myśli jest bardzo ludzką próbą odzyskania kontroli nad sytuacją, w której każda decyzja coś nam daje, ale jednocześnie czegoś nas pozbawia.

Najtrudniejszy bywa moment, kiedy coraz wyraźniej dociera do nas, że pewnych rzeczy nie da się odtworzyć dokładnie w dawnej formie. Nawet jeśli wracamy do Polski, ludzie się zmieniają, relacje mają już inny rytm, dzieci rosną, rodzice się starzeją, przyjaciele mają własne życie. My również nie jesteśmy już osobą, która kilka lat wcześniej wsiadała do samolotu z walizkami.

Akceptacja nie polega więc na tym, że pewnego dnia przestajemy tęsknić. Bardziej na tym, że tęsknota przestaje być dowodem, że z naszym obecnym życiem musi być coś nie tak. Można ją w sobie pomieścić, jednocześnie inwestując energię w to, co istnieje teraz.

Kiedy tęsknota zaczyna zatrzymywać życie

Sama tęsknota nie jest problemem. Ważniejsze staje się pytanie, co dzieje się z naszym życiem wokół niej. Można przez wiele lat funkcjonować w nowym kraju, a emocjonalnie pozostawać w stanie ciągłego oczekiwania na powrót do życia, które już nie istnieje w dokładnie takiej postaci, jaką przechowujemy w pamięci. Wtedy każda trudność staje się argumentem potwierdzającym, że „tam było lepiej”, a każda dobra rzecz pojawiająca się tutaj jest traktowana jak coś tymczasowego, w co nie warto angażować się naprawdę.

Czas sam w sobie nie zawsze zmienia ten mechanizm. Może stworzyć warunki, w których rana stopniowo się goi, ale nie wykonuje całej pracy za nas. Jeśli przez lata porównujemy teraźniejszość z wyidealizowanym obrazem przeszłości, unikamy budowania nowych relacji i nie pozwalamy sobie poczuć, że nowe miejsce również może być w pewnym sensie nasze, upływ czasu nie musi przynieść ulgi.

Czasami przywiązanie do tęsknoty pełni też funkcję ochronną. Nie dlatego, że świadomie chcemy cierpieć, ale dlatego, że znane doświadczenie bywa bezpieczniejsze niż wejście w coś nowego. Dopóki można powiedzieć sobie „nie mam tutaj swoich ludzi”, nie trzeba ryzykować kolejnego rozczarowania podczas budowania nowych relacji. Dopóki wszystko traktujemy jako tymczasowe, nie musimy w pełni zdecydować, że właśnie tutaj zaczynamy zapuszczać korzenie.

Bywa również, że pełne zaangażowanie w nowe życie budzi poczucie winy. Jakby polubienie nowego miejsca oznaczało zdradę starego. Jakby stworzenie nowych świątecznych tradycji odbierało znaczenie tym, które pamiętamy z domu rodzinnego. Jakby mniejsze cierpienie z powodu odległości świadczyło o tym, że zaczęło nam mniej zależeć na bliskich.

Tymczasem więź nie musi być mierzona bólem.

Można kochać ludzi, którzy zostali w Polsce, i jednocześnie pozwolić sobie dobrze żyć w Stanach. Można mieć wspomnienia, których nie chce się porzucać, i równocześnie tworzyć nowe. Można tęsknić w niedzielny wieczór, a następnego ranka naprawdę cieszyć się swoim życiem tutaj.

Zdrowa tęsknota nie musi zniknąć

Być może ważniejszym pytaniem niż „jak przestać tęsknić?” jest więc „jaką rolę tęsknota odgrywa dzisiaj w moim życiu?”. Zdrowa tęsknota może przyjść niespodziewanie. Pojawić się po rozmowie z rodzicami, po zdjęciu z rodzinnego miasta albo podczas świąt. Możemy ją poczuć, pobyć z nią przez chwilę, a później wrócić do swojej codzienności. Nie musi odbierać sensu temu, co zbudowaliśmy gdzie indziej.

Trudniej robi się wtedy, gdy tęsknota zaczyna organizować większość życia. Kiedy nie tylko coś czuję, ale stopniowo zaczynam o sobie myśleć przede wszystkim jako o osobie, która straciła swoje miejsce i nie może już naprawdę należeć do żadnego innego. To subtelna, ale ważna różnica między „tęsknię” a „jestem kimś, kto już zawsze będzie nieszczęśliwy, bo wyjechał”.

Wtedy warto zadać sobie pytanie, którego często unikamy: gdyby na chwilę zniknął lęk, poczucie winy i tęsknota, co właściwie chciałabym robić ze swoim życiem? Kogo chciałabym mieć obok siebie? Jak chciałabym spędzać zwykłe tygodnie? Co chciałabym rozwijać? Gdzie pojechać? Czego spróbować? Jak wyglądałaby moja codzienność, gdybym przestała traktować ją jak poczekalnię?

Nie zawsze odpowiedź przychodzi natychmiast. Czasem właśnie pustka po takim pytaniu pokazuje, jak wiele miejsca przez lata zajmowała tęsknota.

Akceptacja nie oznacza rezygnacji

Jednym z trudniejszych elementów tego procesu jest zaakceptowanie faktu, że nie da się jednocześnie przeżyć wszystkich możliwych wersji własnego życia. Wybór jednego miejsca oznacza, że czegoś nie będzie w drugim. Emigracja szczególnie mocno konfrontuje nas z tą prawdą, ponieważ jej konsekwencje są bardzo namacalne: tysiące kilometrów, różnica czasu, święta spędzane osobno, dzieci dorastające daleko od dziadków.

Akceptacja nie oznacza jednak: „podoba mi się to i chcę, żeby tak było”. Nie wymaga także uznania, że obecna sytuacja jest jedyną możliwą na zawsze. Chodzi raczej o zaprzestanie codziennej walki z faktem, że właśnie w tym momencie rzeczywistość wygląda tak, jak wygląda. Dopiero wtedy łatwiej zobaczyć, na co nadal mamy wpływ.

Może zdecydujemy, że chcemy zostać. Może zaczniemy realnie planować powrót. Może odkryjemy rozwiązanie pośrednie. Każda z tych decyzji może być właściwa dla konkretnej osoby, ale dobrze, jeśli wynika z tego, czego naprawdę potrzebujemy teraz, a nie wyłącznie z próby cofnięcia czasu.

Bo być może celem nie jest wcale pozbycie się tęsknoty. Być może chodzi o to, żeby przestała zabierać nam możliwość życia.

Możemy nadal kochać miejsca i ludzi, których zostawiliśmy. Możemy czuć ukłucie, kiedy widzimy zdjęcie rodzinnego stołu albo słyszymy, że wydarzyło się coś, przy czym chcielibyśmy być. Możemy mieć dwa miejsca, które w różny sposób nazywamy domem. To wszystko może istnieć jednocześnie z ciekawością wobec tego, co budujemy dzisiaj.

Serce naprawdę potrafi mieścić więcej niż jedno miejsce. Nie trzeba wybierać między „kocham to, co zostawiłam” a „chcę żyć dobrze tutaj”. Dojrzałe przeżywanie emigracji być może zaczyna się właśnie wtedy, kiedy przestajemy uważać te dwie rzeczy za sprzeczność.

Jak sprawić, żeby tęsknota mogła być częścią mojego życia, ale nie decydowała o jego całym kształcie?

COACHING NA EMIGRACJI

Tęsknota nie musi decydować za Ciebie.

Jeśli czujesz, że życie pomiędzy tym, co zostało w Polsce, a tym, co budujesz tutaj, zaczyna odbierać Ci poczucie kierunku, coaching może być przestrzenią, w której spokojnie przyjrzysz się temu, czego naprawdę potrzebujesz.

Coaching na emigracji →
@beti.in.the.usa