
Zawsze, kiedy ktoś pyta mnie, dlaczego wyprowadziłam się z Polski, słyszę w głowie tę samą, dobrze wyćwiczoną odpowiedź: praca męża, nowy rozdział, chęć spróbowania czegoś innego. I to wszystko jest prawdą, tylko że, jak zwykle bywa z prostymi odpowiedziami na skomplikowane pytania, nie jest to cała prawda. Im dłużej mieszkam za granicą, tym mniej interesuje mnie samo pytanie, dlaczego akurat ja wyjechałam, a coraz bardziej zastanawia mnie coś innego: dlaczego jedni ludzie są w stanie spakować swoje życie i zostawić wszystko, co znają, podczas gdy inni nie zrobiliby tego za żadne pieniądze, nawet jeśli z zewnątrz ich sytuacja wygląda podobnie.
Przecież często żyjemy w tych samych miastach, mamy zbliżone możliwości, podobne powody do narzekania i podobne argumenty przemawiające za tym, żeby zostać. A jednak jedna osoba zaczyna sprawdzać ceny biletów, druga nigdy nawet nie dopuszcza takiego scenariusza do siebie. To pytanie chodziło za mną długo, aż w końcu zaczęłam czytać o migracji trochę więcej i chyba najbardziej zaskoczyło mnie to, że osoby, które wyjeżdżają, naprawdę nie są przypadkową grupą ludzi. Nie chodzi oczywiście o to, że są lepsi, odważniejsi czy bardziej ambitni, ale raczej o to, że pewne rzeczy ważą dla nich inaczej, a nieznane nie zawsze jest odbierane wyłącznie jako zagrożenie.
Nie każdy chce zaczynać od zera
Jedna z rzeczy, które najbardziej dały mi do myślenia, była właściwie bardzo prosta: wyjazd oznacza zgodę na utratę ogromnej części codziennej pewności. Nagle okazuje się, że rzeczy, które wcześniej robiło się automatycznie, wymagają zastanowienia. Nawet zwykła wizyta u lekarza przestaje być czymś oczywistym, bo najpierw trzeba zrozumieć, jak działa cały system, do kogo zadzwonić i czego właściwie można się spodziewać.
To drobiazg, ale takich drobiazgów jest mnóstwo i właśnie one składają się na poczucie, że przez jakiś czas wszystko kosztuje więcej energii niż wcześniej. Nie chodzi więc tylko o wielkie decyzje, takie jak praca czy mieszkanie, ale o codzienność, która nagle przestaje działać sama.

Właśnie tutaj bardzo wyraźnie widać, że ludzie różnią się sposobem reagowania na niepewność. Dla jednych brak przewidywalności jest czymś, co trzeba możliwie szybko ograniczyć, dla innych pozostaje niewygodny, ale jednocześnie niesie w sobie ciekawość i możliwość czegoś nowego. Psychologowie od dawna opisują cechę nazywaną otwartością na doświadczenie, związaną między innymi z ciekawością świata, gotowością do kontaktu z nowością i mniejszą potrzebą, żeby wszystko od początku było znajome i przewidywalne. W badaniach nad mobilnością i migracją ta cecha pojawia się regularnie i trudno się temu dziwić, bo emigracja jest właściwie jednym wielkim ćwiczeniem z nieznanego.
Można znać kraj z wakacji, filmów czy wcześniejszych podróży, ale dopiero kiedy próbuje się w nim naprawdę żyć, okazuje się, że trzeba nauczyć się od początku znacznie więcej niż tylko języka. Chodzi o nowy sposób funkcjonowania, w którym przez jakiś czas nie ma się tych wszystkich skrótów i automatyzmów, które w poprzednim życiu dawały poczucie bezpieczeństwa. Dla jednej osoby będzie to doświadczenie wyczerpujące do tego stopnia, że żadna potencjalna korzyść nie zrekompensuje utraty stabilności, dla innej ta sama niepewność będzie trudna, ale możliwa do zaakceptowania, bo po drugiej stronie widzi coś, co chce sprawdzić. I chyba właśnie ta różnica jest ciekawsza niż sama lista powodów wyjazdu.
Wyjeżdżają najodważniejsi?
Jednym z najczęstszych przekonań o emigracji jest to, że trzeba być bardzo odważnym, żeby wyjechać, ale im dłużej tutaj jestem, tym mniej przekonuje mnie samo słowo „odwaga”. Kojarzy mi się z jednym dużym momentem: decyzją, biletem, zamknięciem drzwi i wejściem do samolotu, podczas gdy sam wyjazd trwa chwilę, a prawdziwa część zaczyna się później, kiedy nowość przestaje być ekscytująca i trzeba zacząć układać zwyczajne życie.

Dobrze pamiętam ten rodzaj sytuacji, kiedy trzeba zadzwonić gdzieś po raz pierwszy i już przed rozmową człowiek układa sobie w głowie zdania, bo wie, że jeśli druga osoba zacznie mówić zbyt szybko, połowa sensu może po prostu zniknąć. To nie jest dramatyczne doświadczenie, nikt tego nie fotografuje i nie opowiada o nim później znajomym, ale właśnie takich momentów są setki. Z czasem stają się łatwiejsze, a potem przestaje się je w ogóle zauważać, tylko że zanim do tego dojdzie, trzeba wielokrotnie przejść przez coś, co na początku było niekomfortowe.
Dlatego dużo bardziej niż odwaga pasuje mi słowo wytrwałość. Trafiłam na badania dotyczące cechy nazywanej po angielsku grit, czyli zdolności do dalszego działania mimo trudności, i to było jedno z tych pojęć, które od razu coś we mnie poukładało, bo emigracja naprawdę nie składa się z jednego wielkiego aktu odwagi. Składa się raczej z powtarzającej się decyzji, że mimo zmęczenia i poczucia obcości jeszcze raz spróbuję zrobić coś, czego wcześniej nie umiałam albo nie musiałam robić.
Może dlatego słowo „odwaga” wydaje mi się zbyt efektowne, bo dobrze opisuje moment wejścia w nieznane, ale niekoniecznie to, co dzieje się rok albo trzy lata później, kiedy emocje związane z nowością dawno opadły, a nadal trzeba budować relacje, poczucie bezpieczeństwa, życie zawodowe i własne miejsce. W emigracji znacznie mniej jest heroicznych gestów, a dużo więcej zwyczajnego, nieefektownego „spróbuję jeszcze raz”.
Może dlatego tak łatwo się rozpoznajemy
Jest coś, co zauważam bardzo często wśród Polaków mieszkających za granicą: możemy mieć zupełnie różne historie, zawody, charaktery i powody wyjazdu, a mimo to czasem po kilku minutach rozmowy pojawia się poczucie, że druga osoba po prostu wie. Nie trzeba dokładnie tłumaczyć tego dziwnego uczucia, kiedy w jednym kraju było się dorosłym człowiekiem z ugruntowaną pozycją, a po przeprowadzce nagle znowu trzeba pytać o rzeczy, które dla innych są oczywiste.

Myślę, że właśnie dlatego tak szybko rozpoznajemy się w niektórych historiach. Nie dlatego, że wszyscy emigranci są tacy sami, ale dlatego, że mamy w pamięci podobny rodzaj niewygody. Każdy z nas w pewnym momencie musiał zgodzić się na to, że przez jakiś czas będzie wiedział mniej, rozumiał mniej i kontrolował mniej, niż był przyzwyczajony, a jednocześnie każdy miał jakiś powód, dla którego uznał, że ta cena jest do zaakceptowania.
Kiedy czytałam badania nad osobowością i mobilnością, zaczęłam inaczej patrzeć również na własne doświadczenie. Psychologowie, między innymi Markus Jokela i później Didier Fouarge ze współpracownikami, opisywali związki między mobilnością a takimi cechami jak otwartość na doświadczenie czy ekstrawersja. Nie oznacza to oczywiście, że istnieje jeden „typ emigranta”, bo takiego typu nie ma, ale te wyniki dobrze pasują do czegoś, co obserwuję na co dzień: decyzja o wyjeździe często wymaga przynajmniej pewnej tolerancji dla chaosu, gotowości do uczenia się i przyjęcia, że przez jakiś czas życie będzie znacznie mniej poukładane niż wcześniej.
A może po prostu nie chcemy, żeby znane było jedyną możliwością
Kiedy patrzę dziś na własną historię, oficjalna odpowiedź na pytanie o wyjazd nadal brzmi tak samo: pojawiła się możliwość związana z pracą mojego męża, chcieliśmy spróbować czegoś nowego, zdecydowaliśmy się na kolejny rozdział. Tylko że możliwość sama w sobie jeszcze niczego nie zmienia, bo możliwości pojawiają się wielu ludziom i nie każdy z nich z nich korzysta. Trzeba jeszcze dojść do momentu, w którym uznaje się, że niewygoda jest do zaakceptowania, jeśli po drugiej stronie jest coś, co chce się sprawdzić.

I chyba właśnie to jest dla mnie najciekawsze w emigracji. Nie sam fakt wyjazdu, tylko to, co dzieje się chwilę wcześniej, kiedy człowiek zaczyna naprawdę brać pod uwagę życie, którego jeszcze nie zna. Jedna osoba widzi przede wszystkim to, co może stracić, druga widzi dokładnie te same straty, ale obok nich pojawia się jeszcze pytanie, czy po drugiej stronie nie ma czegoś, czego jeszcze o sobie nie wie.
Kiedyś, pracując jako terapeutka w Polsce, słuchałam historii ludzi stojących przed dużymi zmianami. Dzisiaj wiele z tych mechanizmów rozumiem także z własnego doświadczenia, bo sama musiałam zbudować codzienność od początku i zobaczyć, jak bardzo człowiek zmienia się wtedy, kiedy przestaje mieć wszystko pod ręką. Dlatego coraz mniej przekonuje mnie opowieść o emigrantach jako ludziach wyjątkowo odważnych, bo brzmi ładnie, ale zbyt prosto. Bardziej prawdziwe wydaje mi się to, że część ludzi ma większą gotowość, żeby wejść w dyskomfort, jeśli widzi w nim szansę na coś więcej, nie zawsze na lepsze życie, czasem po prostu na inne.
Może właśnie dlatego jedni zostają, a inni jadą. Nie dlatego, że jedni są silniejsi, a drudzy słabsi, tylko dlatego, że różnie patrzymy na nieznane. Dla jednej osoby nieznane oznacza przede wszystkim utratę bezpieczeństwa, dla drugiej również możliwość, a pomiędzy tymi dwoma sposobami patrzenia mieści się ogromna część naszych decyzji.
Najciekawsze pytanie nie brzmi dla mnie: „Dlaczego ludzie wyjeżdżają?”. Bardziej interesuje mnie to, co musi wydarzyć się w człowieku, żeby nieznane przestało być wyłącznie zagrożeniem, a zaczęło wyglądać jak coś wartego sprawdzenia.
Bo właśnie gdzieś w tym miejscu, jeszcze zanim pojawią się walizki, bilety i nowy adres, zaczyna się prawdziwa historia emigracji.
ŹRÓDŁA I INSPIRACJE
W tekście odnoszę się między innymi do badań nad osobowością, mobilnością i wytrwałością migrantów:
- Everett S. Lee, A Theory of Migration
- Markus Jokela i współautorzy, badania nad temperamentem i mobilnością
- Didier Fouarge, Merve Nezihe Özer, Philipp Seegers, badania nad osobowością i intencjami migracyjnymi
- Michael J. White, Tyler W. Myroniuk, Carren Ginsburg, Chantel Pheiffer, badania nad migracją i grit
COACHING NA EMIGRACJI
Nie musisz wiedzieć od razu, czy wyjazd był dobrą decyzją.
Jeśli jesteś w miejscu, w którym coraz częściej pytasz siebie, czy było warto, coaching może być przestrzenią do spokojnego przyjrzenia się temu, co dziś jest naprawdę trudne, czego potrzebujesz i co chcesz budować dalej.
Coaching na emigracji →